Na czwarte urodziny filipinkowego blogowania otrzymałam NOWE MIEJSCE na moje zapiski. Snupka zatrzymałam, bo stał się mym nieodłącznym symbolem, wirtualny nick zostaje również ten sam z sentymentu i dla wygody czytelników.
Od dzisiaj każdą następną notkę przeczytacie tylko na: www.blogfilipinki.com
Zapraszam!
Popijam Tall Vanilla Latte w Starbucks Coffee spoglądając na sąsiedni stolik. Siedzi przy nim młoda kobieta, pracuje na laptopie. W uszach ma słuchawki łączące ją z telefonem komórkowym.
Telefon dzwoni.
Kobieta rozmawia.
Nagle szuka w torebce długopisu.
Rozgląda się za kawałkiem kartki, decyduje się na papierową serwetkę.
Zapisuje dyktowany jej numer telefonu, powtarza go rozmówcy, sprawdzając czy dobrze zanotowała.
Zabawne, jak głęboko zakorzenione nawyki nami rządzą.
Siedzimy przed naszymi komputerami, wyposażonymi w rozmaite edytory tekstu, a gdy nagle musimy coś zapisać, to krzyczymy ile sił: „gdzie się podziały wszystkie długopisy?!?!, potrzebuję coś do pisania!!!, szybko – kawałek kartki!”
Czy przeżyliście kiedyś podobną sytuację?
Ja chyba tak:-)
Pajęczyny tu jakieś widzę i chwasty i dużo kurzu.
Oj zaniedbałam ja moje pisanie okrutnie.
Mieszkając w Austrii miałam po trzykroć mniej czasu na przesiadywanie przed komputerem, a jakoś opisywanie tamtejszego życia lepiej mi szło.
Ameryka mnie zachwyca.
Będę pisać czym najbardziej.
Ameryka mnie przeraża.
Również będę pisać czym najbardziej.
Zawalił się most, były pożary, było trzęsienie ziemi, nic mnie z tych wydarzeń bezpośrednio nie dotknęło. Mam się wspaniale. Kocham spokój miasta, w którym mieszkam.
Bez polskich znakow ta notka.
Wrocilismy z najpiekniejszego chyba miejsca na swiecie. Nie wiem jak mozna wyjezdzac z Hawajow. Nie wiem! Tam jest wspaniale. Chce tam wrocic.
W Polsce jest zle. Bez sciemy i patriotyzmu. Nic nie wskazuje na to, ze bedzie lepiej. Przypadkiem wylatujemy dzien przed wyborami. Ale moze to i dobrze. Nie chce byc uczestnikiem kolejnej politycznej katastrofy. Dramat Panowie i Panie politycy! Dramat!
W Paryzu piekna, ciepla jesien. Spacerowalismy nad Sekwana, jedlismy roznowa wate cukrowa pod Wieza Eifela, zlote liscie spadaja z drzew, slonce rozesmiane spoglada z nieba. Chce sie zyc!
Dzisiaj jestem we Francji, jutro bede w Polsce, w sobote znowu w Stanach. Jeju, ja chyba tesknie za Kalifornia, tam jest mi jak dotad najlepiej.
Jutro rano lecę do najmłodszego Stanu Ameryki.
Spędzimy tydzień w Ka’anapali, niedaleko Lahainy, na wyspie Maiu.
18 września ubiegłego roku napisałam na blogu, że chciałabym już iść na emeryturę.
I tak się stało:-)
Chwilkę mojej emerytury spędzę tańcząc Hula, z Lei na szyi, pijąc Mai Tai.
Wulkany, kręte drogi, najpiękniejsze plaże świata.
Bosko!
Wysiadłam z samolotu, powędrowałam do odprawy. Kolejka ludzi długa jak z Nowego Yorku do Paryża. Nie żartuję! Klika samolotów z Azji przyleciało i ci wszyscy skośnoocy ludzie również chcieli przedostać się przez punkt kontroli na lotnisku. Odczekałam. Pewien umundurowany pan zaprosił mnie gestem dłoni. Podeszłam przerażona.
Zawsze w takich sytuacjach, gdzie ma dojść do spotkania z przedstawicielem prawa tego kraju, mam irracjonalne przeczucie, że ta osoba mnie po prostu zastrzeli. Naoglądałam się chyba za dużo amerykańskich filmów. Gdy przejeżdża obok nas policja za każdym razem żegnam się z życiem – wydaje mi się, że oni zanim o coś zapytają to najpierw strzelą. Cierpię na policjofobię.
Pan celnik, czy jak mu tam, mimo terminalu po brzegi wypełnionego ludźmi, postanowił uciąć sobie ze mną pogawędkę, wcale nie krótką. Pytał i pytał, nigdzie tych pytań nie notując, ale bacznie mnie obserwował przez calutki czas rozmowy. Jakaż uboga okazuje się moja znajomość angielskiego w takich sytuacjach. Jestem tak zdenerwowana, że nawet po polsku nie jestem pewna jak się nazywam. Ten pan zapytał się nawet o to czy jestem zaręczona, czy mój fiance jest w Polsce, no i kiedy zamierzam wyjść za mąż. Następnie zrobił mi fotę, zeskanował linie papilarne palca wskazującego (w ambasadzie amerykańskiej też już to zrobili) przywalił odpowiedni stempel i przepuścił przez bramkę. W końcu naprawdę znalazłam się z Stanach.
Nie chcę więcej tego przechodzić. Przecież zaledwie od jego jednego słowa zależało to, czy ujrzę San Francisco z samochodu, czy znowu z samolotu w stronę Europy. Może innym ludziom ta odprawa paszportowa, to sprawdzanie wiz, ten kolejny wywiad po co się przyleciało do USA, nie wydaje się niczym stresującym. Dla mnie to jest stresujące, nie chcę tych nerwów więcej, chcę Zieloną Kartę!:-)
A potem to już było tak jak w Ameryce.
Golden Gate w ciemnych chmurach nocy.
Alcatraz na wyspie w Zatoce San Francisco.
Higway do miasta, w którym mieszkam.
No i dom. Piękny dom, w którym teraz jestem, z malutkim ogródkiem, z basenem, z kotem, z wspaniałą kuchnią, z moskitierami w oknach, z dużą wanną, z ogromnym polem golfowym za płotem, no i z NIM oczywiście:-)
Podobno ludzie dzielą się na takich, którym Ameryka się podoba i na takich, którzy jej nie lubią. Przyjechałam tu również po to, by przekonać się do której grupy ludzi należę.
Tych kilka tygodni pokazało, że czuję się tu bardzo dobrze.
Miasteczko i okolice urocze.
Miliony rozwiązań z różnych obszarów, w których Amerykanie są przynajmniej trzy wielki do przodu względem tego śmiesznego kraju nad Bałtykiem.
Za tydzień lecimy do innego Stanu. Do Stanu położonego na Wyspach. Tak! Filipinka będzie na Hawajach.
Za trzy tygodnie, na trzy tygodnie lecę do Polski.
Za trzy miesiące Italia. Nowy Rok przywitamy w Rzymie.
I jeszcze tyle innych krajów do zwiedzania…
Jestem przeciwna olimpiadzie w Pekinie.
Ogromnie namawiam Was do bojkotu.
Jest kilka stron internetowych, na których można podpisać manifesty.
Że niby budują wspaniałe stadiony, że będzie tak jak nigdy dotąd.
Tylko jakim kosztem?!
Ile ludzi za ciężką pracę dostaje tylko miskę ryżu?!
Ile ludzi jeszcze zginie bo Chiny zbroją kraje, do których Zachód nie chce wysyłać broni?!
Ile lat musi jeszcze minąć aby Tybet odzyskał niepodległość?!
Jeśli mimo wycofania się ważnych krajów (gorąco na to liczę i popieram) olimpiada się odbędzie, to nie poświęcę jej ani minuty. Nie obejrzę jej otwarcia, zamknięcia i całego okropnego środka.
Krew rozlewana przez komunistów.
Niczego się nie nauczyliśmy?
p.s.
I jeśli tylko się da to unikam produktów made in china. Ale o zgrozo, jakże często się nie da...
Francuski dziennik Le Figaro opisuje chorobę prezydenta Polski w kontekście kryzysu politycznego, poświęcając temu jedną trzecią strony.
W Gazecie Wyborczej znajdziemy zaledwie wzmiankę na stronie szóstej, dotyczącą wirusa, który przywiódł głowę państwa do szpitala MSWiA.
Świętowanie rocznicy naszego poznania trwać będzie zawsze przez dwa dni.
W ten łikend przypadła pierwsza rocznica.
Pierwszego września ubiegłego roku, późną nocą, Grześ napisał do mnie maila, wysłał go jeszcze w piątek. Ale u mnie była już sobota, drugi dzień września. Dzięki strefom czasowym dwa dni tworzą to nasze pierwsze (pośrednie, bo poprzez Internet) spotkanie-poznanie.
Zajrzałam do archiwum. Tamten sierpień taki zapłakany, taki smutny, taki do niczego. Czasem przebłyski śmiechu i radości, ale głownie łzy. We wrześniu pisałam o barometrze życia, że wskazówka na samym dnie.
Czy odczytawszy pośród wielu maili z prośbą o hasło, ten mail od niego, przypuszczałam, że moje życie tak bardzo się odmieni? Jasne, że nie. Ale przecież miałam całą walizkę marzeń. Wtedy chyba ją otworzyłam. Marzenia zaczęły się spełniać.
Minął rok.
Spełniło się ich wiele.
Dzisiaj jestem w Ameryce.
Dzisiaj jest niedzielny wieczór, a ja nie spinam się z powodu tego, że jutro rano poniedziałek i muszę iść do pracy. To boskie uczucie totalnego relaksu.
Jest mi tak dobrze, jak nigdy dotąd w całym moim trzydziestoletnim życiu.
Dziękuję Ci za tamtego maila.
I za cały ten rok.
Za wszystko.
ALF śpiewa do Kate i Willie’go:
ALF: Happy Anniversary! Happy Anniversary! Happy Anniversary!
WILLIE: What is going on?
ALF: What? Lyrics too complicated? HAPPY ANNIVERSARY!!!
:-)
Ten do Frankfurtu był o czasie. Udało się szybko otrzymać kartę pokładową, bo to Lufthansa, a nie nasz ukochany LOT. Na Okęciu oczywiście horror. Dwa największe samoloty za ocean, odprawiane o tej samej godzinie. To jakiś bardzo skupiony logistyk musiał wymyślić.
We Frankfurcie na styk, ale się udało. Terminal w lekkiej przebudowie, zatem odprawa na kolejny samolot okupiona oczekiwaniem w długiej kolejce.
Rękawem do samolotu. Do samolociska raczej! Łał, jakaż to była wielka maszyna, oczywiście, że nie wierzyłam iż zdoła się unieść. A nawet jeśli zdoła, to zaraz spadnie.
Moje najczarniejsze scenariusze na temat katastrofy lotniczej w której miałam brać udział, rozproszył szampan, podany przez stewardesę. Upgrade do klasy biznesowej był rewelacyjną niespodzianką. Wygodniejszy fotel, moje ulubione kosmetyczne gadżety, hektolitry darmowego alkoholu…
Oprócz spożywania napojów alkoholowych, jadłam pół plastikowe posiłki (pełnoplastikowe jada się w klasie ekonomicznej, a w pierwszej to pewnie dają prawdziwe organiczne jedzonko).
Na kanale 9tym podsłuchiwałam pilota, pierwszego oficera (kobietę) i tych z wieży lotów. Dużo cyfr w tych rozmowach było, jedni drugim wskazywali drogę.
Potem obejrzałam film, piękny i zarazem tak wzruszający, że przez godzinę leciały mi łzy. Film ten może dotarł już do polskich kin i choć nie jest jakąś super produkcją to serdecznie go polecam. Film o marzeniach, o tym, że jeśli bardzo czegoś pragniemy, to możemy to osiągnąć, ale też nie warto zawsze, za wszelką cenę dążyć do wytyczonych celów, bo można przegapić, zmarnować coś ważnego. Film pt. „The Astronaut Farmer”.
Po filmie odnalazłam kanał z muzyką salsową, tylko fotelowe pasy powstrzymywały mnie od tańczenia w samolocie:-)
A potem zasnęłam. Spałam słodko, nie obudziły mnie turbulencje, a podobno były spore, ani burze, które na kanale 9 kazano pilotowi omijać.
Obudziła mnie stewardesa przynosząc śniadanie tzn. kolację.
Wyruszyliśmy o 17stej z Frankfurtu, San Francisco zobaczyłam o 19stej.
Lot trwał jednak nie dwie godziny, a 11:-)
Co nastąpiło po opuszczeniu boeinga 777 dowiecie się następnym razem.
Minął miesiąc.
I chociaż od czasu kiedy samolot amerykańskich linii lotniczych UNITED, ze mną na pokładzie, wylądował na lotnisku w San Francisco, napisałam zaledwie kilka krótkich notek, to w moim życiu wydarzyło się wiele.
I niektóre z tych wydarzeń z pewnością opiszę tutaj.
Zanim jednak to nastąpi, pragnę poinformować szanownych czytelników, że wszelkie moje opisy Ameryki i życia w niej, będą bardzo subiektywne. Będę chwaliła pod niebiosa ten kraj, jak również wysyłała go do diabła. To moje pisanki i nakazuję Wam (!) zachować odpowiedni dystans.
Piszę bo lubię pisać, piszę to co lubię pisać. Jak się nie podoba, to wynocha!:-)
Na całym świecie jest wiele zła, wiele niesprawiedliwości, wiele nieporozumień, głupoty. Także na tym kontynencie. Wiem o tym dobrze i pewnie nie raz o tym jeszcze tutaj napiszę. Ale napiszę też wiele dobrego o tej mojej podróży, którą nazywam podróżą w czasie. NAPRAWDĘ! Będąc tutaj czuję jakbym przeniosła się w czasie. Może jakieś sto, dwieście lat w przyszłość względem naszego słowiańskiego kraju nad skisłą Wisłą. Tak to właśnie widzę i właśnie tak to będę przedstawiać w moich zapiskach.
Oczywiście mam słaby wzrok, ale mam też różowe okulary i przez nie spoglądam na świat.
Wczoraj byłam w koledżu na pierwszej lekcji języka angielskiego.
Wiele, wiele lat uczyłam się angola w Polsce. Poznałam sporą ilość kiepskich nauczycieli tego języka i zaledwie dwóch, może trzech naprawdę dobrych – to mało jak na spory nasz kraj, jak na trzy duże miasta, w których mieszkałam.
Wczorajsza trzygodzinna lekcja, była najlepszą lekcją angielskiego w całym moim życiu. Genialna ticzerka, ciekawy podręcznik, dobra uczelnia. Jutro lekcja druga:-)
A ja jestem całym sercem za lekarzami!
I za pielęgniarkami też!
Ja chcę by to była najbogatsza grupa Polaków!
By zarabiali jeszcze więcej, niż to co sugerują, czego oczekują, strajkując!
Czyż w tym naszym głupim kraju, władza nie potrafi zrozumieć, że ludzkie życie, że zdrowie, jest NAJWAŻNIEJSZE!
Po co nam cała reszta, wszelakie obietnice poprawy naszego bytu, jeśli będziemy trupami? Po co nowe drogi, więcej miejsc pracy, więcej mieszkań i inne blablabla, jeśli wystarczy byle choroba, byśmy polegli. Bo zabraknie tych, którzy mogliby nam udzielić odpowiedniej pomocy.
Dlaczego nie możemy wziąć przykładu z innych krajów, gdzie służba zdrowia to naprawdę bogaci ludzie, ludzie, którym nie musisz dać łapówki, żeby uratowali Ci życie. Ludzie, którzy wiedzą co robić i jak robić, bo są należycie wynagradzani.
Wiadomo, że w Stanach studia medyczne należą do najdroższych. Studenci zaciągają kolosalne kredyty by móc uczyć się zawodu. Ale potem te kredyty spłacają, ich pensja im to gwarantuje.
Wiadomo, że w Stanach służba zdrowia ma niewiele wspólnego z chciwymi, potwornymi, politykami.
Może tu tkwi nasza skucha?
Może potrzebny lekarzom jakiś mega przewrót by ani minister, ani premier, ani jego brat, nie mieli nic do gadania w kwestiach odpowiedniego zarządzania tym resortem.
Przykro i smutno mi ilekroć słyszę o strajku w służbie zdrowia. I o tych baranach u władzy co rozumu za grosz nie mają. Ech…
Trzeci tydzień w Kalifornii minął.
Każdy dzień przynosi nowe, ciekawe sytuacje.
Dzisiaj odpowiedziałam na 75 pytań w placement test, w pobliskim koledżu. Ten test określi mój poziom znajomości języka angielskiego i wskaże klasę w której będę pobierać nauki. Rząd Stanów Zjednoczonych jest tak cudowny, że kurs ESL (english as a second language) jest nieodpłatny. Oczywiście należy tylko okazać ważną wizę i numer Social Security.
Pojechaliśmy do niebiesko żółtego szwedzkiego sklepu. Tak! Tu też jest IKEA!:-)
Duży samochód, to i dużo zakupów się zmieściło.
A jutro czaka nas wycieczka do Napy. Wsiądziemy w specjalny pociąg, który odwiedza winnice. Jesz, gapisz się przez okno na piękne widoki zielonych winnic i degustujesz w nieskończoność gronowe alkohole.
Po co komu malutki słoik majonezu?
Tu nie ma nic malutkiego. Wszystko jest duże! Jak Ameryka:-)
Jest wtorek, kilka minut po 9 p.m.
W Polsce rozpoczyna się środowy poranek.
Od dwóch tygodni, każdego dnia, Ameryka mnie czymś zadziwia.
Konfrontuję się z moimi błędnymi przekonaniami o tym kraju, niektóre jednak okazują się słuszne.
Kilka dni temu, w urzędzie federalnym, po okazaniu odpowiednich dokumentów, przyznano mi numer Social Security. Po trzech dniach z Waszyngtonu przysałano mi odpowiednią kartę z tym numerem. To coś na podobieństwo polskiego PESELU.
Dzisiaj w pewnym stanowym urzędzie wypełniłam formularz, okazałam paszport, zrobiono mi zdjęcie, zeskanowano linie papilarne kciuka, w ciągu 14stu dni otrzymam kalifornijskie prawo jazdy. Prawo jazdy, które nie uprawnia mnie do prowadzenia samochodu (przecież nie potrafię tego robić), ale służy jako dokument tożsamości.
Pani w Bank of America otworzyła mi konto, otrzymałam czeki, karta do bankomatu przybędzie pocztą w ciągu 5 dni. Pierwsze dolary wpłacone:-)
Ameryka widziana oczami Filipinki wydaje się być taaakaaa ogromna.
Wszystko tu jest duże, większe, największe.
Jestem tu tydzień. Siedem pięknych, uczących dni.
Podróże kształcą. Ta bardzo!
Będę pisać więcej, jak tylko uporam się z jetlagiem.
Tymczasem pozdrawiam Was z Kalifornii.
Pamiętamy taką kampanię społeczną przeciw przemocy w rodzinie: bilbordy na których ona z posiniaczoną twarzą i duży napis: bo zupa była za słona.
Ona jej nie przesoliła.
Ona gotując tę zupę, płakała bardzo, że mąż ją bije, a jej łzy słone leciały do garnka.
Stąd właśnie smak strawy.